› OGŁOSZENIA
› FIRMY
› ARTYKUŁY
A1 - Bi-plast

Wojenne losy bohaterskich elblążanek i mieszkanki Kadyn

› bieżące 26 dni temu    6.03.2020
Grażyna Wosińska
komentarzy 1 ocen 0 / 0%
A A A
Na zdjęciu od lewej Helena Sobieska-Clar, Irena Byszewska, Melania Litwińska i Halina LubomirskaNa zdjęciu od lewej Helena Sobieska-Clar, Irena Byszewska, Melania Litwińska i Halina Lubomirska fot. archiwum prywatne

Podczas wojny walczyli nie tylko mężczyźni. Elblążanki: Helena Sobieska-Clar, Irena Byszewska, Aleksandra Obrycka i Melania Litwińska oraz Halina Lubomirska z Kadyn w dramatycznych okolicznościach wykazały się hartem ducha, niezłomnością i odwagą. Niestety już nie żyją. Nie zapomnijmy o nich. 

1 września 1939 roku na polecenie Sztabu Generalnego Wojska Polskiego przez radio Polacy usłyszeli znamienne słowa:

A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy.  (...) Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym: walka aż do zwycięstwa. 

Słowa „Wszyscy jesteśmy żołnierzami” oznaczają, że nie tylko mężczyźni, ale i kobiety, nie zawsze z karabinem w ręku, ale w szpitalu, w łączności, opiece społecznej i walczące o życie swoich dzieci. Warto przypominać o udziale pań, bo przecież nawet Sztab Generalny zdawał sobie sprawę, że sami zawodowi żołnierze nie wystarczą, by prowadzić walkę aż do zwycięstwa. W Elblągu mieszkało wiele takich kobiet, które słowa „Wszyscy jesteśmy żołnierzami”  potraktowały dosłownie.  Przypomnijmy sylwetki pięciu z nich. 

Helena Sobieska-Clar "Lusia"


Helena Sobieska-Clar. Zdjęcie z lat dziewięćdziesiątych XX wieku  
Fot. archiwum prywatne 

Na Uniwersytecie Poznańskim Helena Sobieska otrzymała 17 grudnia 1937 roku dyplom lekarza.  Zawsze nosiła go przy sobie, także podczas łapanki w Warszawie gdy wpadła w ręce Niemców. Wydawało się, że nie ma ratunku, na domiar złego miała przy sobie jeszcze podziemną gazetkę. Do stojącego najbliżej żołnierza nienaganną niemczyzną powiedziała, że jest lekarzem okulistą i musi wracać do pracy, aby badać ludzi przeznaczonych na roboty do Niemiec. Żołnierz wysłuchał i pozwolił jej odejść. Podczas okupacji pani Helena  uzyskała doktorat nauk medycznych ze specjalizacją okulisty, przeprowadziła trzy udane operacje katarakty i przyjmowała pacjentów.

Do konspiracji wprowadził Helenę Sobieską jej profesor z Poznania - Aleksander Zakrzewski. W pokoju, przez niego zorganizowanym, udzielała porad lekarskich żołnierzom Armii Krajowej. Szkoliła także na kursach sanitariuszki. Wspominając wojenne czasy mówiła, że była to bardzo ciężka praca.

Liczył się kolejny pacjent i operacja za operacją. Najciężej i czasem beznadziejnie, było w szpitalu powstańczym przy ulicy Żurawiej

– opowiadała przed laty.

Szpital powstańczy, pomimo znaku Polskiego Czerwonego  Krzyża, był trzykrotnie zbombardowany. Palił się dach i najwyższe piętro. Rannych trzeba było wynosić na niższe kondygnacje, a później do piwnic, a nawet do sąsiednich domów. Helena Sobieska odwiedzała tam chorych. Było to bardzo niebezpieczne, ze względu na snajperów i zamaskowany ostrzał. Gdy pewnego dnia biegła do przeciwległej piwnicy, nagle zatrzymała się, ponieważ usłyszała odgłos wyrzutni rakietowej, zwanej przez powstańców „ryczącą krową”. 

Nastąpił wielki huk, przez chwilę nie było nic widać. Gdy kurz opadł, okazało się, że budynek, do którego chciałam się dostać, już nie istnieje. Nikt nie ocalał. Od tej pory żyję na kredyt. Pamiętam dokładnie uczucie bezsilności. To straszne, że nic nie mogłam zrobić

– wspominała pani Helena.  

Doktor medycyny, Tadeusz Suwalski, kierujący pracą szpitala, w swojej opinii napisał: 

Jestem w pełni uznania dla ofiarnej i sumiennej współpracy doktor Sobieskiej. Służyła pomocą przy operacjach chirurgicznych. Z wielką ofiarnością  i odwagą gromadziła sprzęt i materiał opatrunkowy na potrzeby Armii Krajowej.

Helena Sobieska-Clar po zakończeniu powstania wyszła z ludnością cywilną. Po wojnie mieszkała przez wiele lat w Elblągu. Nadal pracowała jako lekarz okulista. Zmarła w 2002 roku. 


Halina Lubomirska "Haluta"

Halina Lubomirska. Zdjęcie wykonane w 1946 roku 
Fot. archiwum prywatne 

Starszy sierżant Halina Lubomirska, „Haluta” za swoje wojenne dokonania otrzymała: Krzyż Walecznych, Krzyż Partyzancki, Medal Wojska, Krzyż Armii Krajowej i Warszawski Krzyż Powstańczy. 

Halina Lubomirska z domu Żmijewska pochodziła z Łucka. W 1938 roku przyjechała do Warszawy, gdzie rozpoczęła studia w Szkole Głównej Handlowej. Po wybuchu wojny pozostała w stolicy. Brała udział w Powstaniu Warszawskim w V Obwodzie (Mokotów) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej - WSOP (Wojskowa Służba Ochrony Powstania). 
Halina Lubomirska była szyfrantką i łącznościowcem w Komendzie Głównej AK i łączniczką płk „Daniela”, komendanta Mokotowa. Jako łączniczka przenosiła kanałami meldunki pomiędzy dowódcą pułku „Baszta” płk. „Danielem” (Stanisław Kamiński), a jego przełożonymi w Śródmieściu Południowym. Musiała przechodzić przez placówki niemieckie. 

Wymyśliłam sobie bajeczkę, by przekonać wartowników, że mam powody przedostać się do Śródmieścia lub na Mokotów. Mówiłam po niemiecku, że mam chorą matkę na ulicy Polnej.  Na dowód pokazywałam dokumenty. Udawało mi się wielokrotnie Niemców przekonać

 – wspominała Halina Lubomirska.

Gdy pewnego dnia jak zwykle recytowała swoje wyjaśnienia Niemcom, okazało się, że tym razem nie dali się nabrać. Usłyszała z wieżyczki wartownika słowa w języku polskim.

Pamiętam je do dziś: „Widzę cię po raz czwarty. Nie opowiadaj bzdur. Kłamiesz”. W torbie miałam rozkazy, a do majtek przyczepioną powstańczą opaskę (Dzięki niej mogła przechodzić przez posterunki powstańców - red.). No to koniec pomyślałam. Nie ma żadnego ratunku. Żołnierz zaprowadził mnie do budynku, gdzie miała być przeprowadzona rewizja

- opowiadała pani Halina. 
Została sama w pomieszczeniu, gdzie była muszla klozetowa. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, że może pozbyć się kompromitujących rzeczy.

Najpierw wrzuciłam do wody opaskę, potem wyjęłam dokumenty, by spojrzeć co wyrzucam. Słyszę odgłosy kroków. Wrzucam papiery i spuszczam  wodę. Jeszcze leciała, gdy obok mnie stanęli Niemcy. Nawet mnie nie zrewidowali. Kazali wracać z powrotem. Szybko uciekłam, by się nie rozmyślili

– wspominała pani Halina.

Na przełomie sierpnia i września 1944 roku już nie miała tyle szczęścia. Podczas ostatniej misji kanałami, wyszła niewłaściwym włazem na ul. Czerniakowskiej. Została ujęta przez Niemców. Nie domyślili się, że była żołnierzem i została wywieziona na roboty do Austrii, a potem trafiła do kobiecego stalagu. Po wojnie wyjechała do Wałbrzycha, a następnie do Kadyn, koło Elbląga. Zmarła w 2013 roku.

Aleksandra Obrycka „Szarotka”

Aleksandra Obrycka, z d. Burdziełowska, walczyła w Powstaniu Warszawskim, była sanitariuszką w Grupie Kampinos Armii Krajowej. Aby bronić stolicy, przedostała się w jej okolice przez front sowiecko - niemiecki wraz ze  Zgrupowaniem Stołpeckim, Nowogródzkiego Okręgu AK.

Do konspiracji wciągnął ją starszy brat z 27 Pułku Ułanów, Zgrupowania Stołpeckiego. Zaangażował siostrę, gdyż poruszanie się w towarzystwie dziewczyny nie budziło podejrzeń wroga. W konspiracji pani Aleksandra pełniła funkcję łączniczki.  Przekazywała nie tylko rozkazy i informacje. Pamiętała ona, jakby to było dziś, gdy obładowana pistoletami typu „damki”, amunicją oraz  lornetkami, przechodziła obok niemieckich straży, przez most na Niemnie. 

Każdy krok  był dla mnie stąpaniem w wieczność. Myślałam, że nigdy nie dojdę do celu. Brat w tym czasie odwracał uwagę Niemców, rozmawiał z nimi i częstował papierosami. Po przejściu mostu rozpłakałam się

– wspominała pani Obrycka. 

Na terenie powiatu stołpeckiego działała sowiecka partyzantka i sowieckie bandy. Prześladowali wszystkich, a najbardziej tych, którzy podejmowali współpracę z AK.  W środku nocy sowieccy partyzanci wtargnęli do domu państwa Burdziełowskich. Rodziców z córką wepchnęli do pokoju. Gdy wydostała się z niego, zobaczyła pobitego przez Sowietów brata  i wycelowany w niego pistolet przez jednego z napastników.

Bez wahania uderzyłam go w rękę. Antek  skorzystał z powstałego zamieszania  i uciekł. Sowieci z wściekłości  pobili pozostałych domowników. Brat jednak ocalał

 – opowiadała pani Ola.

Pod koniec lipca 1944 roku żołnierze zgrupowania dotarli do Puszczy Kampinoskiej. A razem z nimi podążała pani Ola. Została przydzielona do szpitala polowego we wsi Krogulec. Pracowała jako sanitariuszka. Czasy Powstania Warszawskiego, bardzo trudno było jej wspominać. 

Zbyt straszne, by przekazać słowami cały mój ból

- argumentowała. 

Pani Obrycka wynosiła rannych z pola bitwy lub potyczki. Początkowo nie mogła znieść: widoku krwi, pourywanych kończyn i jęków boleści. Wiedziała jednak, że rannych musi donieść w wyznaczone miejsce. Była wtedy drobną i szczupłą dziewczyną, więc trudno zrozumieć skąd miała tyle siły i odwagi, by dźwigać pokiereszowanych mężczyzn pod ostrzałem.

Po zakończeniu wojny Aleksandra Obrycka trafiła do Elbląga i  mieszkała tam aż do śmierci. Zmarła 24 grudnia 2006 roku. Jest pochowana na cmentarzu Agrykola. 


Strzelec Irena Byszewska „Irys”

Irena Byszewska. Zdjęcie z lat dziewięćdziesiątych
Fot. archiwum 

Irena Byszewska,  z domu Małczyńska od urodzenia związana była z Warszawą. Już w wieku 12 lat współpracowała z akowcami. Znała tajemne przejścia do getta i dostarczała żywność i inne potrzebne rzeczy. Nagrodzona została zaprzysiężeniem w 1943 roku. Przyjęła pseudonim „Irys”. W Powstaniu Warszawskim pracowała jako  sanitariuszka i przez krótki czas była żołnierzem, gdy zaistniała taka potrzeba.

Odkąd pamiętam byłam zawsze odważna. W dzieciństwie bawiłam się  prawie wyłącznie z chłopakami. Chodziłam po drzewach, byłam wysportowana. Moim marzeniem było nauczyć się strzelać i to się spełniło podczas powstania

- wspominała w latach dziewięćdziesiątych. 

Walczyła w Śródmieściu Północ w rejonie ulic Złotej, Sosnowej i Łódzkiej. Z budynku przy ul. Marszałkowskiej nr 118 wynosiła rannych.  Przydział pani Ireny to: Armia Krajowa - I Obwód „Radwan” (Śródmieście) - zgrupowanie „Chrobry II” - II batalion „Lecha Grzybowskiego” - 6. kompania "Jeremi”. W tej samej kompanii walczył brat pani Ireny – Zenon Małczyński.

Po wojnie Irena Byszewska przyjechała do Elbląga i mieszkała tam wiele lat. Zmarła 17 września 2000 roku. Jest pochowana na Cmentarzu Agrykola.


Melania Litwińska

Melania Litwińska. Zdjęcie wykonane w Teheranie w 1943 roku
Fot. archiwum prywatne

Melania Litwińska uratowała swoje córki od śmierci podczas sowieckiej zsyłki do obwodu aktiubińskiego. Gdyby nie jej odwaga dzieci nie przeżyłyby.

Melania Litwińska przed wojną była już mężatką i miała dwie córki. Mieszkała z rodziną w Nowogródku. Po agresji sowieckiej na Polskę męża aresztowało NKWD i zesłano go do łagru. 13 kwietnia 1940 roku Melania z córkami Tamarą i Walentyną została wywieziona, tak jak wiele innych polskich rodzin,  do obwodu  aktiubińskiego. Pracowała w kołchozie, a potem przeniesiono ją do kamieniołomu Alabastrowyj Zawod. Wynosiła urobek na powierzchnię.

To była prawdziwa harówka. Nie wiem jak to wytrzymałam

- wspominała Melania Litwińska. 

Najgorzej było, gdy musiała zostawić same dzieci nawet na tydzień. Jedzenie posyłała przez ludzi, którzy akurat wracali ze zmiany. Najtragiczniejszym wydarzeniem była choroba młodszej córki. Pani Melania zdecydowała, że musi podjąć ryzyko i wyjechać do Aktiubińska, gdzie, jak słyszała, życie było łatwiejsze.

Bałam się, że moje dziecko w każdej chwili mogło umrzeć, gdy nie uzyska pomocy i nie zacznie się lepiej odżywiać. Lekarka zbadała dziecko, ale nie miała żadnych lekarstw. Na lepsze jedzenie nie było szans. Strasznie rozpaczałam

- choć minęło tyle lat, pani Melania gdy to mówiła,  miała łzy w oczach.

Udało się jej przekonać szofera, by zawiózł ją do stolicy obwodu. Jednak powodu braku benzyny nie dojechały na miejsce. Po odpoczynku wędrowały dwa dni do Aktiubińska. Informacje o lepszych warunkach potwierdziły się. Walentyna, młodsza córka wróciła do zdrowia.

Układ Sikorski-Majski był wybawieniem dla rodziny Litwińskich. Hipolit, mąż Melanii został zwolniony z łagru i trafił do II Korpusu Wojska Polskiego. Zanim wyruszył na front sprowadził matkę z córkami do Uzbekistanu. Tam się rozstali. On przeszedł cały szlak bojowy Armii Generała Andersa, walczył także pod Monte Cassino. Ona mieszkała w obozie pod Teheranem. Iran był częścią ich tułaczki. Potem wybrała dla siebie i córek pobyt w Rodezji (dziś Zimbabwe), aby być najbliżej męża. Po zakończeniu wojny sprowadził on rodzinę do Anglii, a potem wszyscy wyjechali do Polski. Do Nowogródka ze względów oczywistych nie mogli wrócić. Trafili do Elbląga i tam mieszkali do końca życia. Melania Litwińska zmarła 27 listopada 2002 roku, a jej mąż w 1967 roku. Oboje są pochowani na Cmentarzu Agrykola. 

Losy tych pięciu kobiet są częścią wojennej historii Polski, która jest nie tylko spisem bitew, nazwiskami dowódców i liczbą żołnierzy, ale także dokonaniami odważnych lekarek, sanitariuszek, łączniczek i matek. Pamiętajmy, że gdy tak jak przed laty, przyjedzie walczyć o niepodległość Polski, znów wszyscy będziemy żołnierzami

dodaj zdjęcia Masz swoje autorskie zdjęcia? Dodaj je do naszego tekstu.

Jak się czujesz po przeczytaniu tego artykułu ? Głosów: 4

  • 0
    ZADOWOLONY
  • 0
    ZASKOCZONY
  • 0
    POINFORMOWANY
  • 0
    OBOJĘTNY
  • 3
    SMUTNY
  • 0
    WKURZONY
  • 1
    BRAK SŁÓW
Komentarze (1)

Multiplatforma internetowa elblag.net nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane (regulamin).

dodaj komentarz› pokaż według najstarszych
~ Czytelnik
25 dni temu ocena: 100%  1
Bardzo miło że pamięć o ludziach którzy walczyli i żyli w tych trudnych wojennych czasach, jest żywa.Historie takich ludzi budzą szacunek.
Warmia i Mazury regionem zjednoczonej Europy Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego
Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury na lata 2007-2013.